Śp. ks. Marek Kulawinek – wspomnienie

Urodził się 28 lutego 1968 roku w Kaliszu z rodziców Szczepana i Anny zd. Dąbrowska. Do szkoły podstawowej uczęszczał w Godzieszach. Następnie ukończył I Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Asnyka w Kaliszu.

W 1987 roku został przyjęty do Wyższego Seminarium Duchownego we Włocławku. Święcenia kapłańskie otrzymał z rąk Biskupa Ordynariusza Stanisława Napierały w Katedrze Kaliskiej dnia 26 maja 1993 roku.

Po święceniach pracował jako wikariusz w następujących parafiach: św. Floriana w Pleszewie, św. Stanisława BM w Ostrowie Wielkopolskim (1996-2002), Miłosierdzia Bożego w Kaliszu. Wtedy miałem okazję poznać ks. Marka. Mieszkaliśmy przez ścianę – on wikariusz z 9-cio letnim stażem, ja neoprezbiter, dopiero co wkraczający w kapłańskie życie. Jaki był? Od samego początku był bratem. Takim od wszystkiego, zwłaszcza od codziennych problemów. Kochał kapłaństwo, kochał Chrystusa, którego starał się widzieć w każdym człowieku. Szczególnie widział Go w ludziach chorych i niepełnosprawnych. Dla nich był gotów zrobić wszystko. Kochał Kościół, któremu służył praktycznie do ostatniej chwili.

Z dniem 1 lipca 2004 roku został mianowany proboszczem parafii Brzezie. Jedna z najmniejszych parafii w Diecezji Kaliskiej stała się mu najdroższa. Nie miał tam wiele. Zawsze jednak podkreślał, że on jest posłany do ludzi. I oni są najważniejsi. Z zapałem więc podejmował liczne dzieła: apostolskie i materialne. Zdarzało mi się go czasem zastępować. Człowiek czuł się tam jak w domu. Niczego nie brakowało. Choć parafia maleńka, wszystko musiało być zawsze jak należy. Najbardziej jednak utkwiła mi w pamięci gościnność Ks. Marka. Tam każdy był przyjęty z wielką miłością i życzliwością. Ks. Marek kochał jeździć na rowerze. Kilkakrotnie był na Rowerowej Pielgrzymce na Jasną Górę, a w minione wakacje pojechał na rowerze do Rzymu.

Od 1 lipca 2012 został proboszczem parafii Szczury i Górzno, w Dekanacie Raszkowskim. Cieszył się tymi parafiami. Mówił mi ile tam jest roboty. Wiele razy chciałem go odwiedzić, ale zawsze powtarzał, że jeszcze nie czas, że musi trochę remontów zrobić, żeby godnie gości przyjmować. Nigdy się nie skarżył. Choć czasem było widać, że jest zmęczony. Powtarzał, że to tylko głowa boli…

Do ostatniej chwili służył Jezusowi i Kościołowi. Aż wreszcie stracił siły. Kiedy odwiedziłem go w szpitalu w Kaliszu, mówił mi: co mi się porobiło… Ale cały czas się uśmiechał. Dostał od kogoś książkę z dowcipami. Czytaliśmy je na głos, żeby choć na chwilę zapomnieć. Mieliśmy nawet wspólne plany: w wakacje miałem przyjechać go zastąpić, wspólny wyjazd do Fatimy… Tyle nadziei. Nie miał sił, widać było, że cierpi. Ale nie przeszkadzało mu to iść na Mszę św. do szpitalnej kaplicy. W niedzielę wieczorem poprosił o sakrament chorych. Udzieliłem mu namaszczenia. Nie wiedziałem, że to będzie moje ostatnie spotkanie z Markiem, ostatnia posługa… I choć ludzie w Diecezjalnym Sanktuarium Miłosierdzia Bożego w Kaliszu i nie tylko modlili się o jego zdrowie, Pan Bóg zdecydował inaczej. I pozostaje powiedzieć ze łzami w oczach: Panie, bądź wola Twoja.

Zmarł 24 listopada 2012 roku po ciężkiej operacji głowy w Szpitalu w Bydgoszczy. Kiedy rano dowiedziałem się, że Marek nie żyje przypomniały mi się słowa kard. Ratzingera z homilii pogrzebowej Jana Pawła II: Możemy być pewni, że nasz ukochany Papież stoi teraz w oknie domu Ojca, patrzy na nas i nam błogosławi. I pomyślałem sobie: skoro w niebie są okna, to pewnie są także rowery. Jeden z nich jest już zajęty. Kochany Marku wierzymy, że kiedyś otworzysz nam drzwi domu Ojca z takim samym uśmiechem jak na plebanii w Brzeziu i powiesz: fajnie, żeście przyjechali.
Do zobaczenia.

Ks. Bogumił Kempa


Pogrzeb śp. Księdza Marka Kulawinka odbył się w środę, 28 listopada 2012 roku w kościele parafialnym w Godzieszach Wielkich. Dzień wcześniej, we wtorek (27.11.), o godzinie 19.00 odbyło się modlitewne pożegnanie śp. Księdza Proboszcza Marka w Szczurach.